Pociski Tomahawk: Broń, która może zmienić dynamikę wojny na Ukrainie
Co musisz wiedzieć? W skrócie – Pociski Tomahawk
- Pociski Tomahawk to precyzyjne amerykańskie rakiety manewrujące o zasięgu 1600-2500 km, trudne do zestrzelenia, idealne do ataków na rosyjską infrastrukturę.
- Ukraina chce ich dla militarnej przewagi i presji na negocjacje, ale Trump odmówił dostaw, obawiając się eskalacji i strat własnych zapasów.
- Rosja boi się symboliki i skuteczności Tomahawków, grożąc zerwaniem relacji z USA i nuklearną odpowiedzią, co podkreśla jej słabości obronne.
Spis treści
W kontekście trwającego konfliktu między Ukrainą a Rosją, amerykańskie pociski manewrujące stały się symbolem potencjalnej zmiany sił na froncie. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wielokrotnie apelował o ich dostawę, argumentując, że umożliwiłyby one precyzyjne uderzenia w kluczową infrastrukturę rosyjską, zmuszając Kreml do negocjacji pokojowych. Z drugiej strony, Rosja, pod wodzą Władimira Putina, ostrzega przed “jakościowo nowym etapem eskalacji”, grożąc zniszczeniem stosunków z USA i nawet nuklearną odpowiedzią. Dlaczego ta broń budzi tak skrajne emocje? Aby zrozumieć stawkę, warto przyjrzeć się jej historii, technicznym możliwościom i geopolitycznym implikacjom. W tym artykule przeanalizujemy, czym jest Tomahawk, dlaczego Ukraina desperacko go potrzebuje i co sprawia, że Rosja drży na samą myśl o jego pojawieniu się na froncie.

Czym jest pocisk Tomahawk i jak działa?
Pocisk Tomahawk, znany oficjalnie jako BGM-109 lub RGM-109, to amerykański taktyczny pocisk manewrujący, wprowadzony do służby w 1983 roku przez US Navy. Początkowo rozwijany w latach 70. jako odpowiedź na traktat SALT I, który ograniczał broń jądrową, ewoluował w wielozadaniową broń konwencjonalną, zdolną do precyzyjnych ataków na cele lądowe i morskie. Wersja lądowa (BGM) została wycofana po traktacie INF w 1987 roku, ale po wycofaniu się USA z umowy w 2019 roku, pod pierwszą kadencją Donalda Trumpa, powróciła w formie naziemnych wyrzutni. Dziś są one głównie wystrzeliwane z okrętów nawodnych i podwodnych, choć testy lądowych wersji trwają.
Technicznie to poddźwiękowy pocisk (prędkość ok. 880 km/h), ważący około 1,5 tony, z długością 6,25 metra i średnicą 53 cm. Jego serce to silnik turbowentylatorowy Williams F107, który zapewnia zasięg od 1600 do nawet 2500 km, w zależności od wariantu i ładunku paliwa. Głowica bojowa waży do 450 kg i może być konwencjonalna (wysokowybuchowa lub penetrująca bunkry) lub – w starszych wersjach – nuklearna, choć te ostatnie wycofano w 2013 roku. Kluczową zaletą jest niska trajektoria lotu (30-100 m nad ziemią), co czyni go trudnym do wykrycia przez radary. Pocisk “klei się” do terenu, omijając przeszkody i unikając obrony przeciwlotniczej.
Nawigacja to arcydzieło inżynierii: łączy system inercyjny INS, GPS, TERCOM (porównywanie profilu terenu z mapą 3D) i DSMAC (rozpoznawanie obrazów z kamery z satelitarnych zdjęć). Błąd celowania wynosi zaledwie 3-10 metrów, co pozwala na uderzenia w budynki czy mosty z chirurgiczną precyzją. Koszt jednego pocisku to 1-2 miliony dolarów, a produkcja jest ograniczona – w 2025 roku USA zamówiły zaledwie 22 sztuki dla własnej armii. Używano ich w operacjach w Zatoce Perskiej (1991), Jugosławii, Iraku, Syrii i Libii, gdzie salwy Tomahawków (nawet 59 sztuk naraz) przytłaczały obronę wroga. W Syrii w 2017 i 2018 roku rosyjskie systemy S-400 i Pantsir-S1 nie zdołały przechwycić większości z 100+ wystrzelonych pocisków, co stało się lekcją dla Kremla.
Tomahawk nie jest bronią masowego rażenia, ale narzędziem asymetrycznym – pozwala na uderzenia bez ryzyka dla pilotów, niszcząc cele głęboko w terytorium wroga. W kontekście Ukrainy, gdzie rosyjskie ataki rakietowe sieją zniszczenie, taki pocisk mógłby odwrócić role.

Dlaczego Ukraina desperacko potrzebuje Tomahawków?
Dla Ukrainy, walczącej od lutego 2022 roku o przetrwanie, to nie luksus, lecz konieczność. Obecny arsenał Kijowa – pociski ATACMS (zasięg 300 km), Storm Shadow/SCALP (250-550 km) czy własne Neptuny i Flamingi – pozwala na ataki w głąb okupowanego terytorium, ale nie sięga kluczowych rosyjskich celów: fabryk zbrojeniowych w Tulskiej czy Udmurckiej Obłasti, baz lotniczych Engels-2 czy centrów logistycznych w głębi Rosji. Instytut Studiów nad Wojną (ISW) szacuje, że Tomahawki mogłyby zagrozić 1600-2000 obiektom wojskowym, w tym rafineriom dostarczającym paliwo armii Putina.
Prezydent Zełenski, podczas spotkania z Trumpem 17 października 2025 roku w Białym Domu, zaproponował nawet “deal”: Tomahawki za ukraińskie drony i technologie. “Wy dajecie nam Tomahawki, my wam drony – wzmacniamy się nawzajem” – powiedział, podkreślając, że broń służyłaby wyłącznie celom wojskowym. Delegacja ukraińska, w tym szef kancelarii Andrij Jermak i premier Julia Swyrydenko, lobbowała u producentów jak Raytheon i Lockheed Martin. Eksperci, jak ukraiński analityk Kostiantyn Krywołap, wskazują, że naziemne wyrzutnie Tomahawków (przywrócone po INF) idealnie pasowałyby do ukraińskiej infrastruktury, umożliwiając salwy z lądu.
Motywacja Kijowa to nie tylko militarna przewaga, ale presja polityczna. Zełenski wierzy, że groźba zmusi Rosję do rozmów – jak w Syrii, gdzie salwy USA odstraszyły Asada. W 2025 roku, po letniej ofensywie rosyjskiej, Ukraina straciła impet; Tomahawki mogłyby osłabić logistykę wroga, niszcząc mosty i składy. Szacuje się, że 20-50 pocisków wystarczy na 1-2 salwy, wystarczające do symbolicznego ciosu. Polska wspiera apel, argumentując, że rozległość Rosji uniemożliwia pełną obronę.
Jednak Trump, po rozmowie z Putinem 16 października, stwierdził: “USA potrzebują Tomahawków sami, nie możemy uszczuplić zapasów”. Spotkanie Zełenskiego z Trumpem nie przyniosło przełomu – Biały Dom obawia się eskalacji i wyczerpania własnych rezerw (ok. 4000-5000 sztuk). Mimo to, Zełenski widzi w tym narzędzie negocjacyjne: “Rosja boi się Tomahawków – to dowód, że presja działa”.
Rosyjskie lęki: Eskalacja i upokorzenie
Dla Rosji Tomahawki to nie tylko technologia, ale symbol porażki. Putin, w nagraniu z 5 października 2025, ostrzegł: “Dostawa oznaczałaby zniszczenie relacji z USA”. Kreml postrzega je jako “nowy etap eskalacji”, wciągający Amerykę bezpośrednio w wojnę – poprzez szkolenia, logistykę i wywiad. Dmitrij Miedwiediew, wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa, dodał atomowy podtekst: “Nie odróżnimy konwencjonalnych od nuklearnych”, choć USA wycofały wersje jądrowe dekadę temu. To propaganda, ale skuteczna – budzi strach przed “decapitation strikes” na przywództwo.
Historia potęguje obawy: w Syrii Tomahawki ominęły rosyjską obronę, niszcząc cele z 99% skutecznością. Rosyjskie systemy S-400, chwalone jako niepokonane, zawiodły; Pantsiry zestrzeliły ledwie kilka. Eksperci ISW wskazują, że salwa Tomahawków mogłaby sparaliżować rosyjską logistykę, osłabiając front. Andriej Kartapołow z Dumy grozi: “Zniszczymy wyrzutnie dronami”, ale analitycy jak Jewgienij Damancew z “Rosyjskiej broni” przyznają: “Obrona nie jest szczelna – martwe pola istnieją”. Rosja boi się nie liczby (max 50 sztuk), lecz symbolu: amerykańska broń w ukraińskich rękach to upokorzenie supermocarstwa.
Kreml używa retoryki do odstraszania: Łukaszenka na Białorusi sugeruje “brudną bombę” w Tomahawkach. To klasyczna “drabina eskalacyjna” – czerwone linie, które Rosja wielokrotnie przekraczała (Javeliny, Patrioty, F-16), ale teraz sama ustawia. Eksperci jak Peter Dickinson z Atlantic Council widzą w tym słabość: groźby bez konsekwencji osłabiają Putina. Mimo to, po rozmowie Trump-Putin, szanse na dostawę spadły – Rosja zyskuje czas.
W tle, Europa mobilizuje: kanclerz Niemiec Friedrich Merz podkreśla: “Los Ukrainy zależy od nas – militarnie, finansowo, politycznie”. Trump, po spotkaniu z Zełenskim, skupia się na dyplomacji, ale eksperci ostrzegają: brak Tomahawków to sygnał dla Kremla, że Zachód słabnie. A on powinna iść razem tak jak po wlocie dronów nad Polskę –Odpowiedź międzynarodowa na rosyjskie drony nad Polską .


